„Strach” sąsiadów

„Strach” sąsiadów – Janowi T. Grossowi do sztambucha

Ewa Kurek

W ocenie długiej historii Polaków i Żydów na polskich ziemiach najgorsze jest to, że każdy, niezależnie Żyd to czy Polak, uważa się za eksperta. Prawdziwość tego potwierdza się także przy okazji publikacji książki Jana T. Grossa „Strach”. Granicząca z histerią reakcja mediów powoduje, że na plan pierwszy wysuwają się opinie obrażonych lub zachwyconych dziennikarzy, polityków i hierarchów kościelnych, których wiedza o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat na pewno upoważnia zaledwie do wyrażania prywatnych obrażeń i zachwytów, ale niczego ponadto. W medialnym szumie giną głosy historyków, którzy jako jedyni, bez zachwytów i obrazy, winni ocenić merytoryczną wartość książki.

Lektura książki Jana T. Grossa „Strach” budzi mieszane uczucia. Nie tyle nawet z powodu głoszonych tez, ile z powodu sposobu ich podbudowania oraz terminologii. Ta ostatnia miejscami przywodzi na myśl rozkapryszonego chłopca z piaskownicy raczej niż autora naukowej rozprawy. Dla przykładu, ponieważ polskie społeczeństwo u schyłku wieku XX ukuło termin „katolewica”, którym w żargonie określało katolików sympatyzujących ze środowiskami PRL-owskiej opozycyjnej lewicy, czyli z grubsza rzecz biorąc ludzi myślących zgodnie z zaleceniami „Gazety Wyborczej”, Jan T. Gross „wali po głowie łopatką” wszystkich katolików ośmielających się mieć odmienne zdanie i nadaje im miano „katoendecja”, licząc, że termin wejdzie do kanonu powszechnych polskich stereotypów. Śmieszne to raczej niż straszne. Polacy nie dzielą się jedynie na „katolewicę” i „katoendecję”. To po pierwsze. Po drugie, znając mechanizmy budowania stereotypowych pojęć, można założyć, że istnieje zaledwie znikoma szansa, aby wymyślony przez Jana Grossa termin wszedł do powszechnej polskiej mowy. Ale życzę autorowi szczęścia.

Jeśli chodzi o stawiane tezy, na pewno dobrze się stało, że Jan Gross raz jeszcze poruszył kwestię pogromu kieleckiego i pogromów w innych miastach Polski po opuszczeniu naszego kraju przez wojska niemieckie. Dobrze się też stało, że przedstawił dokumenty Kościoła katolickiego wobec tej bolesnej kwestii. Można dyskutować, czy rzeczywiście Kościół zrobił wszystko, co w jego mocy, aby zapobiec pogromom – można szukać źródeł, które potwierdzą lub obalą postawione tezy, ale nie mam wątpliwości, że z zagadnieniem tym zarówno historycy jak i Kościół katolicki zmierzyć się musi.

Jako historyk i kielczanka w roku 1996 napisałam: W dyskusjach i publicystyce co rusz słyszy się, że pogrom był wynikiem prowokacji, łącznie z tezą o prowokacji ubecko-żydowskiej. Nawet jeśli potwierdzą się najbardziej niewiarygodne tezy, nie łudźmy się. Fakt zamordowania Żydów pozostanie faktem. Dokonanej zbrodni nie usprawiedliwi istnienie żadnej prowokacji. Prowokacja nie uciszy nieczystego sumienia kielczan-katolików, nie oszuka Boga. Zbrodni dokonali mieszkańcy Kielc. Dlatego wszyscy my, kielczanie, w imieniu własnym i w imieniu naszych dziadów, winniśmy przeprosić pomordowanych Żydów za bestialskie odebranie im życia. Przeprosić swoje miasto, swoje dzieci i wnuki oraz wszystkich Polaków za okrycie Kielc i całego naszego narodu hańbą zbiorowej zbrodni, której nic już nie zmaże i nie usprawiedliwi. Ale przede wszystkim, jako katolicy, powinniśmy przeprosić Boga. Za to, że przez zbrodnię pogromu, podeptaliśmy krzyż – symbol Męki Chrystusa – i sprzeniewierzyliśmy się płynącemu z krzyża obowiązkowi chrześcijańskiej miłości bliźniego.

Nad Silnicą, przy Nowym Świecie [w Kielcach], w odległości około 300 metrów od miejsca pogromu, była hodowla ślimaków. Zapamiętałam jedną ze scen z dzieciństwa. Siedziałyśmy z moją koleżanką Wieśką, bawiłyśmy się ślimakami i rozmawiałyśmy o zamordowanym w rzeczce Silnicy deską Żydzie, o którym opowiadali sąsiedzi. – Ale gdyby z naszego kościoła poszła do tego Żyda procesja, to może nie biliby go już tą deską? Chyba przy księdzu ludzie nie mogliby nikogo zamordować? – nie wiem już dziś, która z nas rzuciła tę myśl. Gdyby 4 lipca 1946 roku był w Kielcach choć jeden krzyż… Nie nieśli go ludzie z huty Ludwików. Idąc ku swym ofiarom mijali zapewne mój parafialny kościół pod wezwaniem Krzyża Świętego… Nie widzieli krzyża. Kapłani z mojego parafialnego kościoła, odległego o kilka minut drogi od Plant, nie wynieśli z kościoła krzyża, nie ponieśli mordowanym na ratunek krzyża. Nie uczynił tego żaden kielecki ksiądz ani biskup. A tylko krzyż mógł wówczas powstrzymać oprawców.[1]

Publikacji mojego artykułu, którego fragmenty cytuję, odmówiły gazety w kraju: „Gazeta Wyborcza” dlatego, że śmiałam skrytykować żydowską świętość, czyli osobę Eli Wiesela, który w Kielcach zażądał usunięcia z Oświęcimia krzyży. „Tygodnik Powszechny” dlatego, że ośmieliłam się postawić tezę o bierności Kościoła w Polsce wobec dokonanej na kieleckich Żydach zbrodni. Artykuł ukazał się w polonijnych gazetach w Nowym Jorku i Londynie. Odmowę obu gazet w Kraju odebrałam wtedy jako wielki strach właśnie. Przed czym, zastanawiałam się? Późniejsze lata uświadomiły mi, że w opisywaniu historii Polaków i Żydów wolno jest historykom – zarówno polskim jak i żydowskim – poruszać się jedynie w wąskim kanale pomiędzy szarganiem żydowskich świętości i szarganiem świętości polskich. Zrozumiałam, że jeśli spróbuję dotrzeć do niewygodnych prawd żydowskich, zostanę okrzyknięta antysemitką lub „katoendecją”. Jeśli napiszę o niewygodnych dla Polaków prawdach, zostanę okrzyknięta obrazoburczynią, Żydówką może, w każdym razie osobą, która kala dobre imię Polski i Kościoła. Późniejsze lata uświadomiły mi także, że tym, co najsilniej łączy u progu XXI wieku Polaków i Żydów, jest  WIELKI STRACH przed własną historią.

Hannah Arendt, Żydówka, która jako pierwsza odważyła się napisać o niewygodnej dla Żydów prawdzie o zagładzie Żydów, ponad czterdzieści lat temu pisała do jednego ze swych oponentów: „…bardzo często tych, którzy zdają jedynie sprawę z pewnych nieprzyjemnych faktów, oskarża się o brak duszy, brak serca lub brak tego, co nazywasz Herzenstakt. Innymi słowy, […] często wykorzystuje się te emocje do ukrycia rzeczywistej prawdy”.[2] Żydowski wielki strach przed odkryciem niewygodnej dla Żydów prawdy spowodował, że do dziś Hannah Arendt – którą także Jan Gross przywołuje w swojej książce – jest dla większości Żydów wyklęta.

Polski wielki strach nie jest mniejszy od żydowskiego. Jest to strach przed prawdą o ciemnocie polskiego społeczeństwa wierzącego dość długo w to, że Żydzi używają chrześcijańskiej krwi do wypiekania macy, o czym pisałam blisko dwadzieścia lat temu[3]; strach przed odkryciem okrucieństwa i zbrodni niektórych Polaków wobec Żydów w czasie ostatniej wojny i po jej zakończeniu; strach przed odkryciem grzechu zaniedbania ze strony polskiego Kościoła w sytuacji pogromów i cały szereg innych polskich strachów. Wielki strach niektórych Polaków przed odkryciem rzeczywistej prawdy o własnej przeszłości usprawiedliwia tytuł, jaki nadał swojej książce Jan Gross.

28 stycznia 2008 roku, w klasztorze Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety w Otwocku, Ambasador Izraela w Polsce wręczył pośmiertny medal Sprawiedliwych Między Narodami Świata siostrze Gertrudzie Marciniak. Gdyby nie moje badania przeprowadzone w latach osiemdziesiątych nad postawą Kościoła w Polsce wobec mordowanych w czasie drugiej wojny światowej na naszych ziemiach Żydów, nie byłoby wielu izraelskich medali dla polskich zakonnic i Polaków.[4] Nie byłoby także tego ostatniego medalu. Piszę o swoim dorobku historyka, bo mam nadzieję, że ów dorobek uchroni mnie przed oskarżeniami, że próbuję szkalować Kościół katolicki w Polsce. Piszę o tym, aby uświadomić wiernym i hierarchom tegoż Kościoła, że prześladowany przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej na skalę niespotykaną w żadnym innym okupowanym europejskim kraju, Kościół katolicki w Polsce zapisał piękną i wyjątkową kartę w dziejach ratowania współbraci Żydów. Taką kartą nie może się poszczycić Kościół katolicki we Francji, Włoszech, Austrii ani w żadnym innym europejskim kraju. Ale tenże sam nasz Kościół popełniał w ciągu ponad tysiącletniej historii także błędy, do których – w imię głoszonej przez siebie prawdy – przyznać się musi lub przynajmniej przyznać się powinien. Bez wielkiego czy małego strachu przeprowadzić rzetelne badania historyczne, a potem pokazać sobie i światu przyczyny ewentualnego grzechu zaniedbania, zaniechania lub braku chrześcijańskiego ducha w określonych momentach dziejowych. Do takich momentów należy miedzy innymi kielecki pogrom.

Wracając do książki Jana Grossa. Popełnia on – o dziwo, za zgodą wydawcy – kardynalny błąd niezgodności tłumaczenia z amerykańskim oryginałem. Nie przemawiają do mnie wyjaśnienia, że ponieważ autor sam przetłumaczył swoją książkę, nie czuje się zobowiązany do zachowania identyczności tekstu. Nie o uczucia autora wszak chodzi, lecz o odbiór jego książki poza granicami Polski. Polski czytelnik ma prawo wiedzieć, co tak naprawdę zawiera oryginał i jakie „prawdy” o Polakach podał Jan Gross anglojęzycznym czytelnikom.

Pewnym jest, że książka Jana Grossa buduje i upowszechnia w świecie nieprzychylne i nieprawdziwe stereotypy o Polakach. Jednym z nich jest stereotyp, według którego Polacy, którzy w czasie drugiej wojny światowej ratowali Żydów, nagminnie bali się ujawniać fakt ratowania, bo: „Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata jawią się w społecznym odbiorze [w Polsce] jako „żydowskie pachołki””.[5] Sens rozpowszechnianego przez niektóre środowiska żydowskie stereotypu, powtórzony przez Jana Grossa, jest następujący: skoro nie da się ukryć faktu, że Polacy jako jedyni w czasie II wojny światowej za ratowanie Żydów karani byli śmiercią, że mimo to z narażeniem własnego życia ratowali Żydów i uratowali ich niemało, a właściwie najwięcej w Europie, to i tak są ohydnymi antysemitami, bo społeczeństwo polskie piętnowało heroicznych ratowników…

Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że teza ta nie znajduje potwierdzenia w polskich i żydowskich wiarygodnych dokumentach i relacjach. Przywołanie przez autora opinii Marii Hochberg-Mariańskiej, która na podstawie kilkunastu relacji bodaj pierwsza po wojnie postawiła tezę o tym, że Polacy ratujący dzieci żydowskie bali się przyznać do swego heroicznego czynu, nie jest dostatecznym dowodem. Tak, jak nie jest żadnym dowodem kilka przytoczonych przez autora relacji uratowanych Żydów. Bo jeśli autor rzeczywiście znałby realia wojny i okresu powojennego, jeśli z uwagą czytałby źródła, wiedziałby, że jeśli mały żydowski chłopiec z Krakowa poszedł do Komitetu Żydowskiego dowiedzieć się, czy tatuś się nie zgłosił, to potem nie było już wyboru: pani Thielowa musiała go oddać na Długą, czyli do Komitetu Żydowskiego, bo skoro Komitet Żydowski wiedział już, że Czesio jest żydowskim dzieckiem, Polka nie miała szans go zatrzymać.[6] Dokuczanie sąsiadów nie miało w tym wypadku żadnego znaczenia – pani Thielowa nie zaprzestała przyjmować przychodzącego z wizytą Czesia, Zygmunta Weinrauba. Podobnie relacja Reginy Almowej, która świadczy tylko o tym, co na temat Polaków myślała potrzebująca pomocy jedna Żydówka. Jeśli zaś chodzi o Marcela Reicha-Ranickiego, byłoby lepiej, gdyby Jan Gross – zamiast podbudowywać tym właśnie nazwiskiem upowszechnianie stereotypu – przeczytał zamieszczoną w „Gazecie Wyborczej” znakomitą recenzję jego wspomnień: Wolno mi spojrzeć krytycznie na sposób, w jaki Reich odnosi się do swojej wojennej przeszłości. Powiem od razu – w jego autobiografii razi mnie przede wszystkim zatarty niekiedy podział między zdarzeniami, w których autor brał udział lub był ich świadkiem, a tymi, o których tylko słyszał.[7]

Ze wszystkich przywołanych przez Jana Grossa źródeł tak naprawdę wiarygodna jest tylko relacja córki Antosi Wyrzykowskiej. Można z niej wyciągnąć wniosek, że rzeczywiście rzecz miała miejsce. Nie wolno jednak na podstawie jednostkowych faktów stawiać zarzutu całemu polskiemu społeczeństwu. Aby naprawdę zbadać, jak rzecz się miała i ilu polskich ratowników musiało po wojnie ukrywać ofiarowaną Żydom pomoc, należałoby przeprowadzić rzetelne badania historyczne. Po pierwsze, sięgnąć do Archiwum Kibutzu Bohaterów Getta w Izraelu, gdzie znajduje się większość relacji uratowanych polskich Żydów. W kwestii dzieci, należałoby zbadać zawartość dokumentów dotyczących  żydowskiej Fundacji Tenzera powstałej w USA w 1946 roku, której celem było: „ocalenie wielu żydowskich dzieci tułających się w powojennej Europie, a także żądać zwrotu dzieci przebywających w chrześcijańskich rodzinach i klasztorach.”[8] Według żydowskiego historyka Lucjana Dobroszyckiego: „znaczna część dzieci pochodziła z Polski.”[9]

Najbardziej pewnym i wiarygodnym źródłem informacji na temat tego, ilu Polaków ratujących w czasie II wojny światowej Żydów musiało po wojnie ukrywać ten fakt przed ziomkami, są relacje i dokumenty dotyczące Polaków ratujących Żydów. W końcu to oni – jak twierdzi Jan Gross – byli przez innych Polaków prześladowani za swą postawę. Listę polskich ratowników (zarówno obdarowanych medalem, jak i o medal bezskutecznie się ubiegających) zawierają archiwa Yad Vashem w Jerozolimie. Ich liczba jest najlepszym dowodem na to, że Polacy ratujący w czasie drugiej wojny światowej Żydów, lub ich potomkowie, nie ukrywali faktu ratowania. Wręcz przeciwnie, poszukiwali w rodzinnych miejscowościach świadków, przedstawiali ich listę komisji Yad Vashem i wraz z sąsiadami latami uczestniczyli w zawiłej procedurze przyznawania medali.[10] Ich wnioski w większości rozpatrywano negatywnie z różnych powodów, głównie z powodu braku świadectwa uratowanych Żydów, ale nie o medale tutaj chodzi.[11]

Trzeba postawić w tym miejscu następujące pytanie: jeśli prawdą jest, że Polacy ratujący w czasie wojny Żydów byli przez innych Polaków prześladowani, to skąd w Yad Vashem wzięło się tyle publicznie składanych polskich wniosków o przyznanie medalu sprawiedliwych?

Jestem pewna, że badania archiwaliów Yad Vashem pod kątem jawności starań Polaków o przyznanie im medalu obalą szerzone w książce „Strach” kłamstwo, co nie znaczy, że w Polsce nie mogły zdarzyć się wypadki typu Antosi Wyrzykowskiej. Zanim więc autor „Strachu” ogłosił światu, że polskiemu społeczeństwu polscy Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata jawią się jako „żydowskie pachołki”, jako światowej klasy historyk, winien przeprowadzić stosowne badania archiwalne poparte relacjami Polaków-ratowników, a nie uratowanych Żydów, i swoją tezę poprzeć wynikami tychże badań. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z publikacją z gatunku, pozwolę sobie tutaj użyć wyrażenia autora ze strony 75, „ jedna baba drugiej babie”.

Niewiarygodne także, jak gładko i bez żadnych konsekwencji Jan Gross, publikując w szanowanym wydawnictwie „Znak” książkę historyczną, depcze podstawowe zasady rzemiosła historycznego. Tak naprawdę do gatunku „jedna baba drugiej babie”, czy raczej – aby bez powodu nie obrażać kobiet i trzymać się faktów – „jeden chłop drugiemu chłopu”, zaliczyć można cały szereg stawianych przez autora „Strachu” tez. Dla przykładu:

  • Przypis 4 do raportu emisariusza Celta zamiast do źródła, odsyła nas do publikacji autora, czyli Jana Grossa. Wnioskować z niego można, że urodzony w 1947 roku Jan Gross był w 1944 roku emisariuszem rządu o pseudonimie „Celt”, a raport opublikował w Krakowie w roku 1998…
  • Na stronie 68 przypis do cytowanego źródła historycznego brzmi następująco: …od czytelnika anglojęzycznej wersji „Strachu” dostałem pocztą elektroniczną kopię tego listu, który cytuję tutaj z podziękowaniem.
  • Na stronie 57 książki mowa jest natomiast o statystyce zamordowanych w Polsce po wojnie Żydów. Padają określone liczby, a w przypisie 24 autor podaje ich źródło w sposób następujący: Taką liczbę zabitych – 500-600 – Engel wymienił w rozmowie ze mną, tak samo Lucjan Dobroszycki, który mówił o 2000-2500 ofiar.

Znałam zmarłego przed laty profesora Lucjana Dobroszyckiego. Przegadaliśmy przy kawie, a chyba nawet czasem i szklance wina, wiele godzin w jego niewielkim pokoju w YIVO Institute na Manhattanie. Profesor pomagał mi w zbieraniu źródeł do tematu o dzieciach żydowskich uratowanych w klasztorach i usilnie, aczkolwiek bezskutecznie, próbował odwieść mnie od zamiaru rozszerzenia badań historycznych o problem dzieci żydowskich wywiezionych z Polski po wojnie przez amerykańskich Żydów. Nigdy jednak nie przyszłoby mi do głowy, aby wypowiadane podczas tych rozmów tezy profesora zamieszczać w publikacjach jako podbudowę tez własnych. W swych publikacjach przywołuję profesora Lucjana Dobroszyckiego wielokrotnie, jednak tylko w formie powoływania się na jego opublikowane prace historyczne. Prywatna rozmowa z historykiem nie jest bowiem tym samym, co opublikowane przez niego tezy. Podobnie jak nie jest żadnym źródłem historycznym przesłany pocztą elektroniczną przez bezimiennego czytelnika list. Jeśli zaś chodzi o raport Celta, przypis winien odnosić się do źródła historycznego (archiwum lub publikacji źródłowej), a nie do opracowania autora.

Znamienne, że upowszechniając w książce „Strach” negatywny stereotyp okrutnych i bezdusznych antysemitów Polaków, Jan Gross od pierwszej do ostatniej strony lansuje jednocześnie bardzo przychylne określenie wobec wszystkich Żydów, którzy drugą wojnę światową przetrwali w Związku Radzieckim i na stronie 19 pisze, że: …ponad połowa uratowanych Żydów przeżyła wojnę jako „sybiracy”, zesłana w głąb ZSRR.

Jan Gross bardzo ostro wpisuje się w tym wypadku w szerszy nurt żydowskiej historiografii, która od dziesięcioleci stara się ukryć lub umniejszyć negatywną rolę tej części Żydów polskich, którzy po wybuchu drugiej wojny światowej znaleźli się na terenie ZSRR z przyczyn wyznawanej przez siebie ideologii. Typowe dla historyków żydowskich stanowisko prezentuje w tym zakresie Profesor Yisrael Gutman, który twierdzi, że zachowanie Żydów, które wzbogaciło antysemityzm polski o nowe elementy, należy tłumaczyć tym, że dla Żydów jedynym wrogiem byli naziści. Sowieci zaś na tyle, na ile ten system takim być może, jawili się Żydom jako szansa ucieczki i ratunku.[12]

Twierdzenie Yisraela Gutmana, które propaguje także Jan Gross, zawiera tylko część prawdy o polskich Żydach, którzy wojnę przetrwali w ZSRR. Dla wielu spośród nich radziecka okupacja rzeczywiście okazała się ratunkiem i szansą na przeżycie, ale nie jawiła się im taką na pewno między wrześniem 1939 a czerwcem 1941, gdy wraz z Polakami zapełnili wagony transportów zsyłanych na Sybir. Z wagonów Żydów polskich słychać było wówczas nierzadko patriotyczne polskie pieśni z hymnem włącznie.[13]  Dla wywożonych na Sybir polskich Żydów Hitler był daleko. Tymi, którzy zadawali im gwałt, wrogami, byli wówczas Sowieci – tym polskim Żydom bez wątpienia przysługuje zaszczytne miano „sybiracy”.

Yisrael Gutman dyplomatycznie pomija milczeniem tę drugą, znaczną część społeczności polskich Żydów, dla której wkroczenie do Polski w roku 1939 okupacyjnych wojsk sowieckich było ziszczeniem się ich ideologicznych dążeń. O ile jakoś można zrozumieć niedomówienia profesora Yisraela Gutmana, o tyle Jan Gross idzie o krok dalej i „sybirakami” nazywa wszystkich polskich Żydów, którzy przeżyli wojnę w ZSRR. Takie ujęcie zagadnienia budzić musi naturalny odruch sprzeciwu. Autor doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że określenie „sybirak” w języku polskim jest mianem zaszczytnym i od ponad dwustu lat przysługuje jedynie tym, którzy zostali zesłani lub wywiezieni na Sybir jako ofiary represji rosyjskiego zaborcy lub sowieckiego okupanta. Zwyczajowo miano „sybirak” przysługuje zatem jedynie tym polskim Żydom, których Sowieci wywieźli do ZSRR wbrew ich woli. Natomiast ci spośród polskich Żydów, którzy do ZSRR wyjechali dobrowolnie, nazywając rzecz po imieniu, byli zwykłymi zdrajcami. Przydawanie zaś zdrajcom miana „sybiraków”, czyli męczenników za wolność Polski, jest ze strony Jana Grossa niczym nie usprawiedliwionym nadużyciem zarówno wobec poległych jak i ocalonych na nieludzkiej ziemi Żydów i Polaków.

Na pewno w jednym wypada zgodzić się z autorem książki „Strach”: tak naprawdę nie wiemy, co działo się w małych miejscowościach Polski w aspekcie powojennych stosunków polsko-żydowskich, a prawdę ukazać może tylko spisanie i przeprowadzenie badań nad lokalnymi dziejami (str. 229 i dalsze). Mimo tego jakże sensownego stwierdzenia, Jan Gross na stronach 286-287 pisze, że wprawdzie 30 procent Żydów wśród personelu kierowniczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego to dużo, ale na prowincji: Żydów właściwie w ogóle już nie było – okazuje się, że nie tylko wśród mieszkańców, ale i w aparacie komunistycznego terroru. W województwie lubelskim, na przykład, na 1122 ubeków w lutym 1946 roku zatrudnionych było 19 Żydów (w tym 14 na stanowiskach kierowniczych, czyli pewnie w samym Lublinie).

Jan Gross zdaje się zapomina, że komuniści zajęli Lubelszczyznę w roku 1944 i statystyki z roku 1946 mają się nijak do zobrazowania najtrudniejszej dla Polaków rzeczywistości pierwszych miesięcy sowieckiej okupacji tych ziem. Dlatego warto zajrzeć do jednego z zakątków Lubelszczyzny, o którym mówią zebrane przeze mnie w latach dziewięćdziesiątych relacje.[14]

W trójkącie pomiędzy Kraśnikiem, Puławami i Lublinem leży miasteczko Chodel, tak naprawdę miastem dla tradycji zwane, bo utraciwszy w 1866 roku uzyskane w 1440 roku prawa miejskie, od ponad stu lat miejscowością gminną ledwie pozostaje. Chodel przed wojną liczył kilka tysięcy mieszkańców, wśród których jakąś część stanowiła ludność żydowska. Struktury ZWZ, Organizacji Wojskowej i innych formacji konspiracyjnych utworzyli Polacy, mieszkańcy Chodla i wysiedleńcy z Wielkopolski, w początkach 1940 roku. Wszystkie konspiracyjne struktury w roku 1942 weszły w skład Armii Krajowej.

Urodzona w Chodlu sanitariuszka „Róża” relacjonuje: Wstąpiłam do Armii Krajowej w placówce w Chodlu, którą założył mój brat Tadeusz Szczucki. Po pewnym czasie naszą placówkę wywąchało gestapo. Żona prosiła brata, żeby wyjechał, więc mój brat przekazał placówkę człowiekowi, którego uznał za najlepszego w miejscowej organizacji. Był nim Edmund Pogoda ps. „Rubit”, który kierował placówką do dnia swojej śmierci.

Mój mąż Marian Ciżmiński pseudonim „Wydra” urodził się w 1908 roku w Chodlu. Po walkach w obronie Warszawy wrócił do domu rodzinnego w Chodlu. W styczniu 1940 roku wstąpił do ZWZ-AK; [w 1943] zorganizował patrol, który składał się z żołnierzy z Chodla i okolic, a także z patriotów wysiedlonych z Pomorza i Poznańskiego. Całością ZWZ-AK na naszym terenie dowodziło dwóch pułkowników. Jeden z nich [latem 1943 roku] dał mężowi nominację i mąż został dowódcą patrolu – bezpośrednim dowódcą mojego męża był cichociemny porucznik Jan Poznański ps. „Ewa”.

W lipcu 1943 do Chodla przyjechało dwóch żandarmów z Ratoszyna i penetrowali dom partyzanta mieszkającego na Piaskach (obecnie ulica Leśna), gdzie przechowywana była broń i amunicja. Mój mąż dowiedział się o tym, wsiadł na rower i popędził na Piaski. Nie bał się. Miał obstawę, był duży i silny. Gdy stojący przed domem Niemiec kazał mu podnieść ręce do góry – drugi w tym czasie robił rewizję – Marian napadł na niego, wyrwał mu parabelkę, przewrócił i walnął go w głowę. […] Żandarm żył jeszcze przez pół godziny. Ludzie dali znać natychmiast siostrze w ośrodku, aby wiedziała, co ma Niemcom mówić. Ułożono historię, że to niby żandarma zaatakowali uciekający Jude z karabinami. Ludzie musieli tak mówić, bo bali się, że Niemcy w odwecie spacyfikują Chodel. Żydom zaszkodzić to już nie mogło, bo wtedy już ich w Chodlu nie było. W 1943 roku Niemcy zabili w Opolu Lubelskim porucznika „Ewę”. […] Mój mąż walkę ukończył w listopadzie 1943 roku, kiedy to został ciężko ranny w akcji przy wysadzaniu pociągu z wojskiem niemieckim pomiędzy Nałęczowem a Sadurkami. Został ranny w rękę i twarz; prawą rękę trzeba było amputować, u lewej zostały trzy sztywne palce.[15]

Z relacji sanitariuszki „Róży”, potwierdzonej przez inne źródła historyczne, wynika, że wprawdzie struktury podziemnego konspiracyjnego wojska powstały w pierwszym roku wojny, ale oddziały partyzanckie uformowały się dopiero latem 1943 roku i składały się wyłącznie z ludności polskiej. Żydów z Chodla, prawdopodobnie w 1941 roku, wywieźli Niemcy do getta w odległej o kilkanaście kilometrów Poniatowej lub skierowali do pobliskiego majątku w Jeżowie pozostającego pod niemieckim zarządem. W każdym razie w lipcu 1943 roku, gdy na terenie Lubelszczyzny powstawały pierwsze oddziały partyzanckie Armii Krajowej, ludności żydowskiej w Chodlu już nie było.

W dzieje Chodla w sposób szczególny wpisała się żydowska rodzina Tauberów, w której chłopcom często nadawano imię Abram. Pierwszy Abram Tauber walczył pod Piłsudskim i w roku 1920 oddał życie za ojczyznę Polskę. Jego bohaterstwo i daninę krwi innych mieszkańców Chodla, Polaków i Żydów, uwiecznione zostało poprzez wyrycie ich nazwisk na pomniku Marszałka postawionym w centrum miasteczka w latach trzydziestych XX wieku.

Gdy pierwszy chodelski Żyd Abram Tauber walczył za Polskę w wojnie bolszewickiej, w Chodlu przyszedł na świat drugi Abram Tauber. Ten, który w roku 1944 został komendantem UB w Chodlu i wobec mieszkających w miasteczku Polaków dopuścił się zbrodni ludobójstwa. Oto jak czyny drugiego Abrama Taubera zapamiętała sanitariuszka „Róża”: Miesiąc luty 1945 roku okazał się dla nas wszystkich miesiącem krwawym i smutnym. W mieszkaniu Czuryłowskich w Chodlu bezpieka zabiła naszego komendanta placówki AK Edmunda Pogodę ps. „Rubid” oraz Teofila Rejkiewicza ps. „Piotr” z Kedywu AK. Przy okazji warto powiedzieć, że Teofil Rejkiewicz ps. „Piotr” był nad podziw wielkim i odważnym żołnierzem. Brał udział we wszystkich akcjach [przeciwko Niemcom]. Był nieodłącznym żołnierzem mojego męża. Zginął z rąk UB w lutym 1945 roku razem z komendantem placówki AK w Chodlu. Poszliśmy na pogrzeb zabitych, lecz pogrzeb nie odbył się, bo UB i NKWD na to nie pozwoliły. Ponieważ leżący w trumnie „Piotr” miał na rękawie opaskę z napisem „Kedyw”, ubowcy wyrzucili najpierw jego ciało z trumny, a potem zwłoki i trumnę wywieźli za miasto i wrzucili do znajdującego się przy drodze do Godowa rowu. UB ogłosił, że trumna „Piotra” jest podminowana. Mimo to żołnierze podziemia zabrali w nocy trumnę z ciałem „Piotra” i zanieśli na cmentarz.[16]

Sanitariuszka „Róża” myli się co do liczby zamordowanych żołnierzy AK. Jak ustaliłam na podstawie innych relacji, naprawdę było ich czterech. W połowie lat dziewięćdziesiątych w maleńkiej chatce koło cmentarza żyła jeszcze wdowa po komendancie AK w Chodlu. Była bezpośrednim świadkiem zbrodni. Jej mąż, komendant AK w Chodlu Edmund Pogoda ps. „Rubid”, jak większość żołnierzy Armii Krajowej, po wkroczeniu na Lubelszczyznę wojsk sowieckich ukrywał się. W pierwszych dniach lutego 1945 roku przyszedł wieczorem do Chodla wraz ze swoim zastępcą oraz rodzonym bratem i żołnierzem „Piotrem” umyć się, zmienić bieliznę i zjeść. Myjących się żołnierzy AK na oczach żony Edmunda Pogody zastrzelił sąsiad, Żyd Abram Tauber z Chodla, od lata 1944 roku szef miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa. Żołnierze Armii Krajowej, byli bez broni.

Jeden z dowódców oddziałów miejscowej Armii Krajowej relacjonuje: Na dobre walka [z komunistami] zaczęła się w lutym 1945 roku, gdy rozbiliśmy posterunek w Chodlu. Gdy Abram [Tauber] zastrzelił w Chodlu czterech naszych żołnierzy, [cichociemny] „Zapora” [nasz dowódca] zarządził akcję. Mieliśmy rozbroić posterunek milicji w Chodlu i schwytać Abrama Taubera. Taubera wtedy nie schwytaliśmy. Wszystko zaczęło się od tego, że w pierwszych dniach lutego 1945 roku ubowcy zabili czterech naszych ludzi: komendanta tamtejszej placówki AK, jego brata, zastępcę komendanta i „Piotrusia”.

Naszych ludzi zamordował jeden Żyd z milicji czy z UB w Chodlu.

Żyd nazywał się Abram Tauber, to był mój szkolny kolega.

W okresie niemieckiej okupacji Żydów z Chodla dali do majątku w Jeżowie, bo tam był Liegenschaft. Ten Abramek Tauber tam pracował. To był taki sprytny Żyd, w coś tam ich zaopatrywał, dowoził, ale z nami trzymał kontakt. Wiedział, kiedy będą wywozić Żydów do getta w Poniatowej i uciekł. Uciekł do mnie. Ja go przechowywałem u siebie ponad tydzień czasu. Ale Abramek uparł się, że nie chce do AK, tylko żeby go przewieźć do jakiejś grupy żydowskiej, gdzieś do lasu. Pytałem się, gdzie mam go zawieźć. On chciał na [lubelskie] Powiśle, bo wiedział, że gdzieś tam działa grupa żydowska. Ale Powiśle szerokie, skąd mogłem wiedzieć, gdzie kogo szukać? Dowiedziałem się w końcu, że w rejonie Niedźwiady działa grupa „Bolka”. Dowiozłem go do tej Niedźwiady i Abramek potem z „Bolkiem” chodził. Jak weszli Sowieci, Abram został ubowcem i zastrzelił naszych ludzi. Po akcji w Chodlu wyjechał do Szczecina, dalej był ubowcem, a w końcu wyjechał do Palestyny. To był Abram z Chodla… Abram Tauber.[17] 

Według wiedzy mieszkańców Chodla, Abram Tauber po udanej ucieczce przed wyrokiem Armii Krajowej zmienił nazwisko na Kwiatkowski i został szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Szczecinie. Był równie okrutny wobec Polaków jak w Chodlu. W roku 1956 Abram Tauber vel Kwiatkowski wyjechał do Izraela. W Chodlu pojawił się w roku 1995 i przekazał datek na odbudowę pomnika Piłsudskiego prosząc, aby nie zapomniano o wykuciu nazwiska jego przodka Abrama Taubera. Rozmawiał z młodymi mieszkańcami miasta. Nie został rozpoznany. Zastanawialiśmy się potem z żyjącymi wówczas żołnierzami miejscowej AK, czy nie należałoby ścigać mieszkającego w Izraelu Abrama Taubera za popełnione na polskiej ludności Chodla zbrodnie: zabójstwa, zsyłki na Sybir i do komunistycznych katowni. Prawnicy odradzili nam podejmowanie jakichkolwiek kroków, ponieważ Izrael nie wydaje innym krajom swoich obywateli. Nawet zbrodniarzy wojennych.

Dzieje Chodla burzą obraz powojennej Polski widziany oczami Jana Grossa, w którym Żydzi polscy są jedynie ofiarami antysemityzmu Polaków. Żyd Abram Tauber dla Polaków z Chodla okazał się bezwzględnym katem. Nikt dotychczas nie policzył, ile podobnych historii wojenne pokolenie mieszkańców prowincjonalnych miejscowości przekazuje dzieciom i wnukom. Może właśnie w tych zapomnianych historiach tkwią resztki polskiego antysemityzmu bez Żydów?

Na pewno Jan Gross miał obowiązek zachować ostrożność w szafowaniu oficjalną statystyką, według której w lokalnych strukturach UB i MO na Lubelszczyźnie nie było Żydów. Miał także obowiązek ostrożnego korzystania z powstałej w czasach PRL literatury, na przykład z powstałej w czasach komunizmu publikacji o Milicji Obywatelskiej, na którą wielokrotnie się powołuje.[18] Takie niedociągnięcia warsztatowe powodują, że książka Jana Grossa sprawia wrażenie, iż więcej w niej ideologii i chęci dołożenia Polakom niż popartej wiarygodnymi źródłami historycznymi prawdy.

Wracając do Chodla. W dziejach tego miasteczka jak w soczewce skupione są skomplikowane dzieje współistnienia na polskich ziemiach Żydów i Polaków. Mamy więc żydowskich patriotów, którzy wraz z Polakami giną w 1920 roku za wolną Polskę. Trzeba o nich pamiętać. Tak, jak pamiętać musimy o poległym na Lubelszczyźnie pułkowniku Berku Joselewiczu i tysiącach innych polskich Żydów, którzy na przestrzeni dziejów byli Polakom braćmi i razem z nimi ginęli w obronie wspólnej ojczyzny Polski; którzy w czasie drugiej wojny światowej razem z Polakami ginęli w tajgach Syberii, pod Monte Cassino i w innych częściach świata. Mamy też jednak we wspólnych polsko-żydowskich dziejach Żydów, którzy przyjmowali na siebie rolę zdrajców i katów polskiego narodu. O nich Polacy mają prawo, a Żydzi obowiązek pamiętać.

Przykładem polskiego Żyda, zdrajcy i kata, jest Abram Tauber z Chodla, który po wkroczeniu na Lubelszczyznę wojsk sowieckich został szefem miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa. Abram był sąsiadem Polaków. W czasie okupacji niemieckiej wiedział, kto z jego polskich kolegów konspiruje, bo gdy w 1943 roku śmierć zajrzała mu w oczy, zwrócił się do jednego z nich, wiedząc, że z racji podziemnych powiązań, człowiek ten ma nie tylko największe szanse ukrycia go, ale także doprowadzenia do pożądanych podziemnych struktur.[19] Nie ma w tym nic dziwnego czy nadzwyczajnego. W małych miasteczkach i wsiach Lubelszczyzny ludzie wiedzieli o sobie wszystko: kto jest w AK, kto u komunistów, a kto przechowuje Żydów.

Miasteczko Chodel było ostoją czterech powstałych w 1943 roku lotnych oddziałów Armii Krajowej, w tym oddziału lubelskiego Kedywu (dowodzonego kolejno przez cichociemnych „Ewę”, „Siapka” i „Zaporę”) przekształconego rok później w I batalion 8 pp Legionów AK.[20]  Dlatego latem 1944 roku, gdy Armia Czerwona zajęła Lubelszczyznę, NKWD właśnie Abramowi Tauberowi powierzyło funkcję szefa bezpieki. Bo największym problemem Sowietów w wyłapywaniu Polaków, żołnierzy AK, był brak rozeznania w terenie. Problem znikał, gdy udało się znaleźć człowieka, który znał teren, czyli żołnierzy walczących w szeregach AK i wspierających ich mieszkańców. Abram Tauber pochodził z Chodla. Wychowywał się wśród nich i był sąsiadem tych, których – według Sowietów – należało zniszczyć. Jako sąsiad i niegdysiejszy kolega akowców, wiedział, do którego domu należy zastukać nad ranem, aby trafiać bez pudła. Zadaniem UB w tamtym czasie, oczywiście także zadaniem sąsiada Abrama Taubera, było m.in. przygotowywanie dla NKWD list żołnierzy AK, których należało zamordować, wywieźć na Sybir lub uwięzić na Zamku w Lublinie i innych lokalnych katowniach, aby skutecznie zniewollić Polskę.

Sytuację Lubelszczyzny w drugiej połowie 1944 roku tak oto przedstawiał w meldunkach do dowództwa AK płk Franciszek Żak ps. „Wir” pełniący funkcję komendanta lubelskiego okręgu: 26 sierpnia 1944. Terror w postaci masowych aresztowań AK przez NKWD przy pomocy PPR trwa. 200 oficerów i podoficerów AK osadzonych na Majdanku wywieziono do Rosji. Komendant okręgu i ujawnieni dowódcy dywizji wywiezieni na wschód. 19 października 1944. Aresztowania oficerów i żołnierzy AK w ostatnich dniach bardzo duże. Z Zamku [w Lublinie] wywożą ich w nieznane. NKWD i Milicja Obywatelska chcą za wszelką cenę zniszczyć AK, jako reakcję i faszystów. Nakazałem samoobronę.[21]

Po Stanisława Wnuka, pełniącego funkcję zastępcy dowódcy największego w powiecie lubelskim oddziału AK, któremu Abram Tauber zawdzięczał życie, NKWD przyszło 15 sierpnia 1944 roku. Po wielu innych tego samego dnia lub w następnych dniach i miesiącach. W wyniku zdrady sąsiada Abrama Taubera wielu mieszkańców Chodla i okolicy zostało zamordowanych, inni trafili na Syberię lub do więzienia (np. męża cytowanej wyżej sanitariuszki „Róży” osadzono na Zamku w Lublinie). Ci, którzy zdążyli umknąć obławom, zeszli na powrót do podziemia i w lutym 1945 roku wydali na Abrama Taubera wyrok śmierci.

W tym momencie powstaje problem, którego Jan Gross w swojej książce dyplomatycznie nie porusza. Gdyby Abram Tauber nie umknął przed kulą żołnierzy Armii Krajowej, innymi słowy, gdyby żołnierze podziemia w ramach nakazanej przez pułkownika „Żaka” samoobrony zabili chodelskiego Żyda, figurowałby w książce „Strach” jako jedna z ofiar polskiego powojennego antysemityzmu. Skoro przeżył, usłyszymy zapewne, że zbrodniarz Abram Tauber jako komunista wyrzekł się żydostwa i do Żydów zaliczyć go nie można. Ale jeśli Abram Tauber rzeczywiście znalazł w 1956 roku schronienie w Izraelu? Wtedy dowiemy się, że Tauber nie jest Żydem – jest obywatelem państwa Izraela, czyli Izraelczykiem… a państwo Izrael chroni swych obywateli. Także przed odpowiedzialnością za popełnione zbrodnie.

Jeden z obrońców Jana Grossa, profesor historii Marcin Kula, pisze na łamach „Gazety Wyborczej”: Denerwuje mnie uparte wywoływanie pomyłek faktograficznych Grossa. Możliwe, że w „Strachu” jest pewna liczba błędów. Jednak czy obraz uzyskany przez autora by się zmienił, gdyby błędy zniknęły?[22]

Po pierwsze, źle się dzieje, gdy badania naukowe są powodem do zdenerwowania, zwłaszcza zdenerwowania naukowca. Z samej zasady bowiem z dyskusji nad badaniami naukowymi należy wyłączyć emocje i skupić się na rzeczowej merytorycznej ocenie. Po drugie, chciałabym wiedzieć, czy Marcin Kula, profesor renomowanych uczelni, z taką samą tolerancją odnosi się np. do prac studentów i czy pozwala im na faktograficzne pomyłki. A przecież powinien, bo skoro fakty nie zmieniają obrazu badanego zagadnienia…

Według znanych mi prawideł nauki historycznej (wszak książka Grossa jest opracowaniem historycznym), pomyłki faktograficzne dyskwalifikują wartość opracowania nie tylko w wypadku rozreklamowanych publikacji Grossa, ale także prac licencjackich, magisterskich, doktorskich i wszystkich innych. Mam nadzieję, że profesor Marcin Kula zdaje sobie sprawę z metodycznej wagi słów, które napisał w obronie Grossa, bo inaczej… Ale jest to już problem uczelni, które reprezentuje.

Jedną z kardynalnych pomyłek faktograficznych Jana Grossa w książce „Strach” jest wspomniane wyżej stwierdzenie autora, że po wojnie na prowincji: Żydów właściwie w ogóle już nie było nie tylko wśród mieszkańców, ale i w aparacie komunistycznego terroru. W województwie lubelskim, na przykład… Przedstawione wyżej fragmenty relacji dotyczące miasteczka Chodel dowodzą, że po wojnie Żydzi jednak na polskiej prowincji byli, i to nie jedynie w charakterze mieszkańców, ale także przedstawicieli aparatu komunistycznego terroru. Nie ma zatem wątpliwości co do tego – odpowiadam na pytanie Marcina Kuli – że gdyby Jan Gross przeprowadził rzetelne badania dziejów powojennej polskiej prowincji, w tym wypadku Lubelszczyzny, na którą się powołuje, gdyby ustalił fakty lub przynajmniej sięgnął po istniejące opracowania z zakresu lokalnej historii, z książki „Strach” zniknęłyby błędy faktograficzne, a uzyskany przez autora obraz uległby zmianie.

Myślę, że nie trzeba oburzać się na treści zawarte w książce Jana Grossa, ani na serio brać postulaty jego obrońców. Jedne i drugie potraktować należy jako czynnik stymulujący kreatywność młodych polskich historyków, którzy powinni natychmiast wziąć się do pracy i przeprowadzić zakrojone na szeroką skalę solidne badania lokalnych dziejów. Wynik tych badań z pewnością pozwoli w przybliżeniu chociażby ustalić fakty, czyli określić, ilu polskich Żydów straciło po roku 1944 życie z powodu antysemityzmu Polaków, a ilu zginęło dlatego tylko, że służąc w NKWD, UB i MO, stanowili śmiertelne zagrożenie dla polskich sąsiadów. Na pewno przyznaję rację Janowi Grossowi w tym, że strach Polaków przed odkryciem niewygodnych dla nas prawd jest wielki. Dokładnie tak samo wielki, jak strach Żydów przed odkryciem prawd niewygodnych dla narodu żydowskiego. Bo prawda o dziejach miasteczka Chodel i roli, jaką odegrał w nich Żyd Abram Tauber, jest dla Żydów równie niewygodna i porażająca, jak niewygodna dla Polaków jest prawda o Kielcach i Jedwabnem.

Mnie pomyłki faktograficzne Jana Grossa nie denerwują. Są jedynie świadectwem tego, że autor „Strachu” nie opanował dostatecznie metodyki historycznego warsztatu naukowego. Dowodem tego ostatniego – lub w tym wypadku może także złej woli – są te fragmenty książki, w których Gross podpiera lansowane przez siebie tezy autorytetem np. Hannah Arendt, wypaczając myśl wielkiego filozofa w dogodny dla siebie sposób. Dla przykładu, na stronie 84 czytamy: Hannah Arendt, której nauki często mam na myśli, pisząc tę książkę, powiedziała gdzieś [podkr. E.K.], że antysemityzm jest tak banalnym i powszechnym w naszej epoce uprzedzeniem, iż nie zwracamy już nań większej uwagi. Do tego stopnia, że nawet Żydzi się z nim oswoili. I że jest to dowód abdykacji moralnej i obywatelskiej odpowiedzialności w świetle posiadanej wiedzy o tym, jak skutecznie poddaje korozji cienką warstewkę cywilizacyjną pozwalającą żyć obok siebie ludziom różnych religii, ras i obyczajów. Ale, powtarzam, przecież z trudem mieści się w głowie, że można było być antysemitą w Polsce tuż po wojnie.

Zdenerwuje to zapewne obrońcę autora „Strachu”, Marcina Kulę, a także samego Jana Grossa. Mimo to pozwolę sobie zadać jednak pytanie o to, gdzie Hannah Arendt powiedziała słowa, na które powołuje się Gross podbudowując własne wywody. Wskazanie w przypisie publikacji, z której zaczerpnięte zostały słowa, na które się powołujemy, jest obowiązkiem każdego piszącego. Było także obowiązkiem Jana Grossa. W takim wypadku słowo gdzieś nie wystarcza. I nie ma już znaczenia, czy jest to praca historyczna, socjologiczna, czy też takie sobie puste pisanie.

Hannah Arendt zmarła w 1975 roku. Była Żydówką, wielkim filozofem, pierwszym profesorem kobietą w Columbia University w Nowym Jorku. Znam dość dobrze jej prace. Nigdzie nie zetknęłam się z myślą, którą imputuje jej Jan Gross. Hannah Arendt pisała przede wszystkim o banalności zła. Jedna z jej najważniejszych prac, w polskim tłumaczeniu opublikowana zresztą przez „Znak”, nosi tytuł: „Eichmann w Jeozolimie – rzecz o banalności zła”.[23] Tyle tylko, że zło w pojęciu Arendt jest banalne, ponadnarodowe i na pewno nie dotyczy jedynie – co sugeruje Jan Gross – polskiego antysemityzmu.

Warto pod tym kątem pokusić się o niewielką analizę porównawczą tekstów Hannach Arendt i fragmentów książki „Strach”. Dla przykładu, Jan Gross na stronie 20 pisze o sytuacji Żydów w Austrii w sposób następujący: … już w pierwszej odsłonie podboju Europy, jaką był Anschluss, wiedeńscy Żydzi, ostoja kultury niemieckiej, zostali zapędzeni do upokarzających zajęć przez nazistowskich zupaków. Oczywiście, to były tylko „urocze grzeszki”. […] Ale jednocześnie […] pełną parą ruszyła państwowa machina „aryzacji”, czyli plądrowania żydowskiej własności. Właśnie w Austrii Adolf Eichmann dopracował technikę rejestrowania i ekspediowania Żydów w dalekie podróże. […] Tak niewinnie wyglądały początki, które w ciągu paru lat doprowadziły do „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej w Europie.

Jan Gross haniebne zachowania Austriaków wobec Żydów nazywa „uroczymi grzeszkami” i nie kojarzy z antysemityzmem. Tymczasem Hannah Arendt była konkretna w konkretyzowaniu banalności zła. W wypadku wiedeńskich Żydów zwróciła przede wszystkim uwagę na fakt, że w haniebnym dziele „Ostatecznego Rozwiązania” kwestii żydowskiej w Austrii, banalne zło niemieckie personifikowane przez Eichmanna wspierane było przez równie banalne zło żydowskie personifikowane przez wiedeńskiego Żyda Löwenherza: W Wiedniu byli pewni Żydzi, których [Eichmann] pamiętał doskonale. […] Joseph Löwenherz […] zdołał przekształcić całą gminę żydowską w instytucję na usługach władz nazistowskich. [Podkreślenie – E.K.] Był także jednym z bardzo niewielu działaczy tego rodzaju, który za swe usługi otrzymał nagrodę: pozwolono mu zostać w Wiedniu aż do końca wojny, kiedy to wyemigrował do Anglii, stamtąd zaś do Stanów zjednoczonych. Zmarł w roku 1960.[24]

Hannah Arendt, szykanowana przez środowiska żydowskie za ujawnienie zła żydowskiego, napisała: Zło wyrządzone przez mój własny naród smuci mnie bardziej niż zło wyrządzone przez inne narody.[25]

Zło jest banalne. W różnym stopniu ulegają mu wszystkie narody.

Dlatego my, Polacy, mamy obowiązek powtórzyć słowa wielkiej żydowskiej filozof i powiedzieć, że zło wyrządzone przez polski naród smuci nas bardziej niż zło wyrządzone przez inne narody; że mamy moralny obowiązek ze smutkiem wspominać Żydów polskich pomordowanych w czasie kieleckiego pogromu i wszystkich innych niewinnych Żydów, którzy zginęli z rąk banalnie złych Polaków tylko dlatego, że byli Żydami.

Mamy jednak także prawo domagać się wzajemności: smutku Żydów z powodu Polaków, którzy – jak w miasteczku Chodel – zginęli z rąk Żydów. Mamy również prawo do zrozumienia, że z powodu doświadczenia banalnego żydowskiego zła, antysemityzm był w Polsce możliwy także „po wojnie”, czyli po wkroczeniu do Polski sowieckiego wojska, z którym podobni Tauberowi banalnie źli Żydzi współpracowali.

Książka Jana Grossa tych praw odebrać nam nie jest w stanie. Dobrze jednak, jeśli poprzez medialny szum i dyskusje, uwolni Polaków od strachu pokazania światu własnego zła i zmobilizuje Żydów do uczynienia dokładnie tego samego. 

[1] E. Kurek, Krzyże, Kielce, Oświęcim, w: „Gazeta Niedzielna”, Londyn 25 sierpnia 1996; „Nowy Dziennik”, Nowy Jork 25 sierpnia 1996.

[2] H. Arendt, Eichmann w Jerozolimie, Kraków 1987, s. 394.

[3] E. Kurek, Żydzi, Polacy, czy po prostu ludzie…, Lublin 1992, s. 21.

[4] Poza referatami na temat stosunków polsko-żydowskich wygłoszonymi m.in. w uniwersytetach w Jerozolimie (1988), Princeton (1994) i Columbia University (2007), opublikowałam wiele artykułów naukowych i publicystycznych w języku polskim i angielskim oraz książki: Ewa Kurek, Gdy klasztor znaczył życie, Wyd. „Znak”, Kraków 1992; tłumaczenie angielskie ze wstępem Prof. Jana Karskiego pod tytułem: Your Life is Worth Mine, Wyd. Hippocrene Books, New York 1997; kolejne polskie wydania ze wstępem Prof. Jana Karskiego pod tytułem: Dzieci żydowskie w klasztorach, Wyd. Clio, Lublin 2000; Wydawnictwo Gaudium, Lublin 2004; Ewa Kurek, Żydzi, Polacy, czy po prostu ludzie…, Wyd. Takt, Lublin 1992; Ewa Kurek, Poza granicą solidarności – stosunki polsko-żydowskie 1939-1945, Wyd. WSU Kielce, Kielce 2006 (w chwili obecnej w tłumaczeniu na język angielski – w USA ukaże się w roku 2008). W filmie dokumentalnym zrealizowanym dla II programu TVP w 1998 roku „Kto ratuje jedno życie…” pokazałam losy uratowanych w polskich klasztorach dzieci żydowskich; film został nagrodzony I nagrodą Międzynarodowego Festiwalu Filmów Katolickich w Niepokalanowie i nagrodą specjalną IX Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Łodzi.

[5] J. Gross, Strach, Kraków 2008, s. 11-17.

[6] E. Kurek, Dzieci żydowskie w klasztorach, Wyd. Clio, Lublin 2000; Wydawnictwo Gaudium, Lublin 2004, s. 99-109. Problem odbierania dzieci żydowskich po wojnie poruszyłam także m.in. w artykule: E. Kurek, Ratunek i bałwochwalstwo, w: „Tygodnik Powszechny” z dn. 11.IX.2001.

[7] E. Szczepańska-Lange, Sobotnie poranki w Feminie, w: „Gazeta Wyborcza” z dnia 7/8 września 2002.

[8] H. Tenzer, An inventory to the Rescue Children Inc., Collection 1945-1948, Yeshiva University Press, New York 1986.

[9] L. Dobroszycki, An inventory to the Rescue Children Inc., Collection 1945-1948 – Wstęp, Yeshiva University Press, New York 1986. s.. 7. Zwracam uwagę na fakt, że jedyna amerykańska organizacja powołana do ratowania dzieci żydowskich powstała wówczas, gdy wojna już się skończyła i tak naprawdę ratować żydowskich dzieci nie było trzeba, bo nic już nie zagrażało ich życiu. Autor „Strachu” mógł bez trudu sięgnąć do dokumentów dotyczących dzieci żydowskich uratowanych w Polsce i wywiezionych z Polski po wojnie, ponieważ znajdują się w Yeshiva University Archives w górnym Manhattanie; niestety, zasłaniając się prawem do tajemnicy,  archiwum nowojorskiej Yeshiva odmówiło mi przed laty prawa wglądu do dokumentacji Fundacji Tenzera. Jestem pewna, że z odmową spotkają się także inni polscy historycy.

[10] Doskonałym przykładem jest np. Zbigniew Marchlewicz, który przez lata wśród mieszkańców rodzinnej miejscowości poszukiwał świadków ratowania Żydów przez ojca, w czasie wojny policjanta z Otwocka, zanim uzyskał dla niego pośmiertny medal Yad Vashem. Inne przykłady mógł Jan Gross znaleźć m.in. prosząc o relację polskich chłopów z Podlasia, którzy uratowali życie mieszkającej dziś w Haifie Stelli Tzur-Kochawa. Dla kilku chłopskich rodzin Stella wywalczyła medale Yad Vashem, a od końca lat osiemdziesiątych ściągała do siebie wnuki ratujących ją rodzin, załatwiała im w Haifie pracę itd. Ratowaniem Stelli w czasie wojny, potem izraelskimi medalami żyło, ekscytowało się przez kilkadziesiąt lat kilka podlaskich wsi. Nie słyszałam, aby którakolwiek z ratujących Stellę rodzin miała z tego tytułu jakieś przykrości. Mieszkańcy podlubelskiego Wereszczyna wiedzieli w czasie wojny i do dziś pamiętają, kto w ich wsi ratował mieszkającą w Izraelu żydowską dziewczynkę Maszkę: komendant granatowej policji i Kozłowska z Urszulina.  Wróciła po latach do rodzinnej wsi, postawiła rodzicom pomnik i w 2007 roku wywalczyła dla ratujących ją Polaków medale Yad Vashem; w Wereszczynie nikt nigdy nie nazywał ratowników „żydowskimi pachołkami”. [Relacje Stanisławy Sidorowskiej i Henryka Arasimowicza, w: E. Kurek, Poza granicą solidarności – stosunki polsko-żydowskie 1939-1945, Lublin 2008]..

[11] Przyczynom niewielkiej liczby przyznanych Polakom medali Sprawiedliwych, wyjątkowo ostrej procedurze przyznawania medali i stereotypie „żydowskich pachołków” poświęcony był program Telewizji Plus w roku 2002 prowadzony przez Jana Pospieszalskiego, w którym uczestniczyłam m.in. wraz ze ś.p. Prof. Tomaszem Strzemboszem, Janem Żarynem, ambasadorem Szewachem Weissem i Dawidem Warszawskim. O problemach z przyznawaniem medali mówi także Frania Aronson w moim filmie dokumentalnym „Kto ratuje jedno życie…”.

[12] Y. Gutman, Polish and Jewish historiography on the question of Polish-Jewish relations during World War II, [w:] “The Jewish in Poland – Polish-Jewish Studies”, Oxford 1986, s. 178.

[13] I. Kotkowski, Wyroki losu, Lublin 1997, s. 75-76. Patrz także: Archiwum Prowincji Warszawskiej Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek w Warszawie, pamiętniki sióstr wywiezionych z Wilna w 1941 roku.

[14] Zaporczycy – Relacje, T. I-V, Lublin 1997-2000.

[15] Relacja Marii Ciżmińskiej ps. „Róża”, w: „Zaporczycy – Relacje”, Tom IV, Lublin 1999, s. 20.

[16] ibidem, s. 21-23.

[17] Relacja Stanisława Wnuka ps. „Opal”, [w:] „Zaporczycy – Relacje”, Tom I, Lublin 1997, s. 123-124.

[18] Z. Jakubowski, Milicja Obywatelska 1944-1948, Warszawa 1988.

[19] Abram Tauber nie chciał do AK. Historycy żydowscy jako jeden z zarzutów wobec polskiej podziemnej armii podają ten, że była to formacja przeznaczona wyłącznie dla Polaków, i z racji polskiego antysemityzmu dla Żydów zamknięta. To prawda, Armia Krajowa niechętnie przyjmowała w swe szeregi przedstawicieli mniejszości narodowych. Ale powstaje w tym momencie pytanie o to, czy Żydzi – poza wyjątkami – do tejże podziemnej polskiej armii wstępować chcieli?

[20] E. Kurek, Zaporczycy w fotografii, Lublin 2001, s. 7-16. Patrz także: Zaporczycy – Relacje, T. I-V, Lublin 1997-2000.

[21] Armia Krajowa w dokumentach, Londyn 1981, Tom IV, s. 200-201; Tom V, s. 86-87.

[22] M. Kula, Obrońcy swoich, w: „Gazeta Wyborcza” z dnia 16/17 lutego 2008.

[23] H. Arendt, Eichmann w Jerozolimie – Rzecz o banalności zła, Wyd. „Znak”, Kraków 1987.

[24] ibidem, s. 81.

[25] ibidem, s. 393-394.

Jedna myśl nt. „„Strach” sąsiadów”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: